Internet nie stworzył analfabetyzmu funkcjonalnego. Dał mu mikrofon, zasięg i algorytm

Oceń materiał

Nie zaczęło się od TikToka. Nie wymyślił tego Facebook, YouTube ani smartfon. Ludzie, którzy potrafili przeczytać zdanie, lecz mieli problem ze zrozumieniem dłuższego tekstu, wyciągnięciem wniosków czy zestawieniem kilku informacji, byli w społeczeństwie na długo przed internetem. Sieć zrobiła jednak coś niezwykłego: sprawiła, że po raz pierwszy możemy ich zobaczyć, usłyszeć i policzyć ich reakcje. A algorytmy nauczyły się te reakcje premiować.

Jeszcze trzydzieści lat temu człowiek mógł przeczytać artykuł w gazecie i niewiele z niego zrozumieć. Mógł zatrzymać się na nagłówku. Mógł błędnie zinterpretować wykres, nie pojąć pisma z urzędu albo opowiadać znajomym coś zupełnie innego, niż napisano.

Tyle że jego publiczność mieściła się przy stole, w kolejce do sklepu, autobusie albo zakładowej stołówce.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Dzisiaj mieści się na całym świecie.

I właśnie dlatego określenie „analfabetyzm funkcjonalny” bywa mylące. Nie mówimy przecież o człowieku, który nie zna liter.

Mówimy o kimś, kto przeczytał — ale niekoniecznie zrozumiał.

Przeczytać nie oznacza zrozumieć

Najnowsze wyniki badania kompetencji dorosłych PIAAC przeprowadzonego przez OECD są dla Polski nieprzyjemne.

W rozumieniu tekstu 39 proc. dorosłych Polaków w wieku 16–65 lat znalazło się na poziomie 1 lub poniżej. Średnia dla badanych państw OECD wyniosła 26 proc. Polska uzyskała średnio 236 punktów wobec 260 punktów średniej OECD.

Nie oznacza to, że 39 proc. Polaków jest „analfabetami funkcjonalnymi”. Takie przełożenie wyniku badania byłoby nieuprawnione.

OECD mówi o niskim poziomie kompetencji czytelniczych.

Człowiek znajdujący się na poziomie 1 potrafi zrozumieć krótki tekst, odnaleźć jasno wskazaną informację czy odczytać prostą listę. Poniżej tego poziomu mówimy już o rozumieniu przede wszystkim krótkich, prostych zdań.

Problem ujawnia się wtedy, kiedy tekst przestaje mówić czytelnikowi wprost, co ma pomyśleć.

Trzeba porównać dwie informacje. Odróżnić fakt od komentarza. Zrozumieć zależność przyczynowo-skutkową. Dostrzec wyjątek. Przeczytać tabelę. Zinterpretować procent. Sprawdzić źródło.

Albo — rzecz dziś szczególnie cenna — przeczytać artykuł do końca.

Kiedyś też byli wśród nas

Łatwo obwinić media społecznościowe. To kuszące, bo wystarczy wskazać palcem TikToka i wszystko zaczyna się zgadzać.

Tyle że historia nie jest tak prosta.

Człowiek mający trudności ze złożonym tekstem istniał również wtedy, gdy najbardziej zaawansowanym urządzeniem komunikacyjnym w domu był telefon stojący na koronkowej serwetce.

Taki odbiorca czytał przede wszystkim nagłówki. Wybierał krótkie wiadomości. Wierzył plotkom. Powtarzał zasłyszane informacje. Mógł źle zrozumieć umowę, instrukcję czy urzędowe pismo.

Nie miał jednak przycisku „udostępnij”.

To zasadnicza różnica.

Kiedyś niezrozumienie informacji było najczęściej problemem człowieka i jego najbliższego otoczenia.

Dzisiaj może stać się treścią.

Lem i jego internetowi „idioci”

W tym miejscu niemal automatycznie przypomina się słynne powiedzenie przypisywane Stanisławowi Lemowi o tym, że dopiero internet uświadomił mu, jak wielu na świecie jest idiotów.

Z dosłownym cytowaniem Lema trzeba zachować ostrożność, ponieważ powiedzenie występuje w różnych wersjach i jego internetowa kariera nie jest najlepszym dowodem na dokładne brzmienie oryginału.

Ale sama obserwacja okazuje się zadziwiająco aktualna.

Internet nie musiał wyprodukować milionów ludzi nierozumiejących informacji.

Internet sprawił, że zaczęliśmy ich widzieć.

A potem wydarzyło się coś jeszcze.

Dostali mikrofon.

Mikrofon

Media tradycyjne miały ogromną wadę, ale również pewien filtr.

Żeby przemówić do stu tysięcy ludzi, trzeba było dostać się do gazety, radia albo telewizji. Ktoś decydował, co zostanie opublikowane. Redaktor mógł być stronniczy, dziennikarz mógł się pomylić, wydawca mógł mieć własny interes — lecz istniała bramka.

Internet tę bramkę wysadził.

I bardzo dobrze.

Dzięki temu każdy może pokazać nadużycie, opowiedzieć własną historię, skrytykować władzę czy zakwestionować dziennikarza.

Tylko że dokładnie ten sam mikrofon otrzymał człowiek, który przeczytał pierwsze trzy zdania artykułu i już wie, że autor kłamie.

Zasięg

Potem pojawił się drugi element.

Kiedyś głupia wypowiedź miała naturalny ogranicznik — liczbę ludzi znajdujących się w pobliżu.

Internet go usunął.

Jedna błędna interpretacja może zostać udostępniona tysiące razy. Nie dlatego, że jest prawdziwa. Nie musi być nawet szczególnie przekonująca.

Wystarczy, że wywołuje emocję.

Oburzenie jest znakomitym paliwem.

Strach również.

Śmiech działa świetnie.

A spokojne:

„przeczytałem dokument, porównałem dane z trzech lat i sprawdziłem metodologię”

ma w tej konkurencji pewien problem.

Jest potwornie mało seksowne.

A później przyszedł algorytm

To właśnie trzeci element zmienia charakter całego zjawiska.

Nie siedzi gdzieś człowiek, który mówi:

— To jest głupie. Pokażmy to milionowi ludzi.

Nie musi.

System obserwuje zachowanie użytkowników. Co zatrzymuje uwagę? Co prowokuje reakcję? Co jest komentowane? Co skłania do dalszej aktywności?

I nagle powstaje środowisko, w którym zrozumienie informacji wcale nie jest konieczne do jej rozpowszechnienia.

Czasami wręcz przeszkadza.

Bo prawdziwy świat zazwyczaj jest skomplikowany.

„To zależy” przegrywa z „OSZUKUJĄ NAS!”.

Siedem stron dokumentu przegrywa z trzydziestosekundowym filmem.

Wyjaśnienie metodologii przegrywa z memem.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

A sprostowanie ma tę nieznośną przypadłość, że trzeba najpierw wiedzieć, co właściwie prostujemy.

I mamy coraz więcej informacji

Tu pojawia się paradoks naszych czasów.

Nigdy wcześniej przeciętny człowiek nie miał dostępu do tak ogromnej części ludzkiej wiedzy.

W kieszeni nosimy urządzenie pozwalające w ciągu kilkunastu sekund znaleźć ustawę, orzeczenie sądu, raport naukowy, dane GUS, mapę satelitarną, bibliotekę albo archiwum gazety sprzed stu lat.

Jednocześnie można korzystać z tego urządzenia przez kilka godzin dziennie i nie przeczytać ani jednego bardziej złożonego tekstu.

Film.

Następny.

Rolki.

Nagłówek.

Komentarz.

Zdjęcie.

Mem.

Powiadomienie.

Film.

I człowiek nie ma poczucia informacyjnej pustki.

Przeciwnie.

Może mieć poczucie, że wie bardzo dużo.

Problem nie kończy się na czytaniu

Wyniki OECD pokazują coś jeszcze bardziej niepokojącego.

W matematyce 38 proc. dorosłych Polaków znalazło się na poziomie 1 lub poniżej, wobec 25 proc. średnio w OECD.

W adaptacyjnym rozwiązywaniu problemów było to około 48 proc., przy średniej OECD wynoszącej 29 proc.

To niezwykle ważne, bo współczesny obywatel nie potrzebuje wyłącznie umiejętności przeczytania zdania.

Musi zrozumieć rachunek.

Porównać dwie oferty.

Przeliczyć oprocentowanie.

Odczytać wykres.

Zrozumieć statystykę podawaną przez polityka.

Rozpoznać, że „wzrost o 100 procent” może oznaczać zmianę z jednej osoby na dwie.

Przeczytać uchwałę samorządu i ustalić, co rzeczywiście zmienia.

To właśnie w takich sytuacjach alfabetyzacja staje się funkcjonalna.

Coś jednak rzeczywiście się pogorszyło

Najbardziej interesujące jest to, że mamy już porównanie w czasie.

OECD wskazuje, że wyniki dorosłych w Polsce w zakresie rozumienia tekstu i kompetencji matematycznych spadły w porównaniu z badaniem z lat 2011–2012. Wzrosła również grupa osób osiągających najniższe poziomy kompetencji, a zmniejszyła się grupa osiągająca poziomy najwyższe. Polska znalazła się wśród państw, w których spadek kompetencji czytelniczych w ciągu dekady był szczególnie duży.

I tutaj pojawia się dopiero naprawdę interesujące pytanie.

Dlaczego?

Nie możemy uczciwie odpowiedzieć: „przez Facebooka”.

Badanie tego nie dowodzi. OECD zresztą zaznacza, że wyniki Polski trzeba interpretować ostrożnie ze względu na nietypowe wzorce odpowiedzi części badanych.

Ale możemy zapytać, czy środowisko, w którym coraz częściej ćwiczymy szybkie rozpoznawanie informacji zamiast jej głębokiego przetwarzania, pozostaje bez znaczenia.

To już pytanie warte następnego badania.

Człowiek przed internetem i człowiek internetu

Być może więc niesprawiedliwie idealizujemy przeszłość.

Wujek przy świątecznym stole w 1987 roku również potrafił wygłosić kompletną bzdurę z absolutnym przekonaniem.

Tyle że słyszało ją osiem osób.

W 2026 roku może nagrać film.

Obejrzy go 80 tysięcy ludzi.

Pięć tysięcy poda dalej.

Trzystu napisze, że „wreszcie ktoś powiedział prawdę”.

A algorytm zauważy:

świetny materiał, ludzie reagują.

I pokaże go następnym.

Dlatego najważniejsza zmiana może wcale nie dotyczyć liczby ludzi mających trudności ze zrozumieniem informacji.

Zmieniła się siła ich oddziaływania.

Dawniej człowiek najpierw musiał zdobyć dostęp do medium.

Dzisiaj sam jest medium.

Internet nie stworzył analfabetyzmu funkcjonalnego.

Dał mu mikrofon.

Media społecznościowe dały mu zasięg.

A algorytm odkrył, że można na nim zarabiać uwagę.

I być może właśnie dlatego stary problem stał się jednym z najważniejszych problemów społeczeństwa informacyjnego.

Bo demokracja zakłada nie tylko, że obywatel ma dostęp do informacji.

Zakłada coś znacznie trudniejszego:

że potrafi ją zrozumieć.

Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry