Można przegrać sprawę. Można uważać, że sąd się pomylił. Można się odwołać. Po to właśnie istnieją kolejne instancje.
Ale kiedy zapadają następne niekorzystne rozstrzygnięcia, a stanowisko urzędu pozostaje niewzruszone, przestaje to być zwykły spór prawny. Zaczyna się pytanie znacznie poważniejsze:
czy władza publiczna uznaje wyroki tylko wtedy, gdy są dla niej wygodne?
W sprawie Roberta Korytkowskiego Powiat Trzebnicki przeszedł kolejne szczeble postępowania. Sądy administracyjne nie potwierdziły stanowiska powiatu. NSA również nie dał podstaw do triumfalnego ogłoszenia: „mieliśmy rację”.
A jednak można odnieść wrażenie, że polityczna narracja żyje własnym życiem. Jakby między prawomocnym orzeczeniem a wpisem na Facebooku istniała jeszcze jakaś „instancja pani starosty”.
Nie istnieje.
Facebook nie jest sądem.
Konferencja prasowa nie uchyla wyroku.
Przekonanie o własnej racji nie zastępuje prawa.
A urząd nie jest prywatnym folwarkiem osoby, która akurat nim kieruje.
I właśnie dlatego ta sprawa nie dotyczy już wyłącznie Roberta Korytkowskiego. Dotyczy standardu sprawowania władzy.
Bo jeśli obywatel ma wykonywać decyzje państwa, nawet gdy mu się nie podobają, to tym bardziej organ władzy publicznej powinien respektować orzeczenia sądów.
Można mieć silny charakter. Można być upartym. Można walczyć do końca.
Tylko że w pewnym momencie upór przestaje być zaletą.
Gdy kończą się środki prawne, zaczyna się obowiązek wykonania prawa.
Pani Starosto — naprawdę nie chodzi już o to, kto wygrał dyskusję na Facebooku. Chodzi o to, czy urząd Powiatu Trzebnickiego potrafi zaakceptować, że w państwie prawa ostatnie słowo należy do sądu, a nie do polityka.
Grafika jest satyrą.
Problem, który przedstawia — już niestety satyrą nie jest.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.







