Smog trafi do sądu. Mieszkańcy dostaną nowe narzędzie kontroli

smog przed sadem
Oceń materiał
Radio DTR czyta:
Gotowy do czytania

Rząd przyjął projekt nowelizacji Prawa ochrony środowiska, który może zmienić sposób walki ze smogiem w Polsce. Nie chodzi tylko o kolejne urzędowe programy, tabelki i wieloletnie plany, które przeciętny mieszkaniec widzi rzadziej niż kominiarza w cylindrze.

Chodzi o coś znacznie ważniejszego.

Mieszkańcy, przedsiębiorcy i organizacje społeczne mają zyskać możliwość zaskarżania do sądu administracyjnego programów ochrony powietrza, ich aktualizacji, planów działań krótkoterminowych, a także bezczynności władz. I to bez konieczności wykazywania tzw. interesu prawnego.

To pojęcie przez lata działało jak urzędowa śluza. Niby drzwi do sądu były, ale wielu obywateli odbijało się od nich już na wejściu.

Dlaczego ta zmiana jest ważna?

Programy ochrony powietrza są uchwalane tam, gdzie przekroczone zostają normy jakości powietrza. W teorii mają wskazywać, co trzeba zrobić, aby mieszkańcy oddychali powietrzem, a nie sezonową mieszanką dymu, pyłu, spalin i dobrych intencji.

Czytaj dalej

Powiązany temat

W praktyce bywało różnie.

Program mógł istnieć. Uchwała mogła zostać przyjęta. Dokument mógł mieć kilkadziesiąt albo kilkaset stron. Mogły być cele, terminy, wykresy, działania naprawcze i język, który nawet wytrwałemu czytelnikowi potrafił wyjąć tlen z płuc.

Ale jeśli mieszkaniec albo organizacja uznali, że taki program jest niewystarczający, pozorny albo zbyt łagodny wobec problemu, pojawiał się kłopot. Skarga do sądu często kończyła się formalnym odrzuceniem, bo skarżący musiał wykazać, że program narusza jego konkretny interes prawny.

A jak udowodnić, że smog narusza interes prawny konkretnego człowieka, skoro dotyka całej ulicy, osiedla, miasta albo regionu?

Tu właśnie leżał absurd. Zanieczyszczenie powietrza jest problemem wspólnym, ale dostęp do sądu wymagał indywidualnego klucza. Kto go nie miał, zostawał przed drzwiami.

ilustracja do artykulu smog przed sadem ilustracja do artykulu smog przed sadem

Co przyjął rząd?

Rada Ministrów przyjęła projekt ustawy o zmianie ustawy Prawo ochrony środowiska, przedłożony przez Minister Klimatu i Środowiska.

Według Kancelarii Prezesa Rady Ministrów nowe przepisy mają uprościć i przyspieszyć dostęp do sądu w sprawach dotyczących jakości powietrza. Skargi będzie można wnosić na program ochrony powietrza, aktualizację programu, plan działań krótkoterminowych oraz brak podjęcia takich uchwał przez sejmik województwa.

To istotne, bo odpowiedzialność za te dokumenty spoczywa właśnie na poziomie województwa. To sejmiki uchwalają programy ochrony powietrza, a więc to one formalnie decydują, jakie działania naprawcze mają być realizowane w regionie.

Nowelizacja ma otworzyć drogę do kontroli sądowej nie tylko wtedy, gdy dokument jest wadliwy, ale także wtedy, gdy go po prostu nie ma.

A brak działania bywa w administracji najwygodniejszą formą działania.

Kto będzie mógł złożyć skargę?

Projekt przewiduje, że skargę bez wykazywania interesu prawnego będą mogli składać mieszkańcy obszaru objętego programem lub planem.

To pierwsza ważna grupa.

Drugą będą osoby prawne, firmy i inne jednostki, które prowadzą działalność gospodarczą albo statutową na danym obszarze przez co najmniej dwa lata.

Trzecią grupą będą organizacje społeczne działające na rzecz ochrony powietrza lub zdrowia ludzi, również od co najmniej dwóch lat.

Termin na wniesienie skargi ma wynosić sześć miesięcy od ogłoszenia uchwały przez sejmik województwa.

Jest tu jednak ważny szczegół. Jeżeli chodzi o bezczynność, czyli sytuację, w której sejmik nie przyjmie wymaganego programu albo planu, skarga ma być możliwa w dowolnym czasie.

I to jest jedna z najmocniejszych zmian. Bo dotąd obywatel często słyszał, że nie ma wystarczającego interesu prawnego, by skarżyć wadliwy program. Teraz będzie mógł powiedzieć: mieszkam tu, oddycham tym powietrzem, a samorząd ma obowiązek działać.

Proste? W państwie normalnym tak. W państwie urzędowym — dopiero po nowelizacji.

Skąd ta zmiana?

Rząd nie działa tu wyłącznie z własnej inicjatywy. W tle jest presja Komisji Europejskiej.

Komisja zarzuciła Polsce, że obecne przepisy nie zapewniają skutecznego dostępu do sądu w sprawach jakości powietrza. Chodzi o możliwość kwestionowania braku albo niewystarczającej jakości planów ochrony powietrza wymaganych przez unijne prawo.

Sprawa nie jest nowa. Komisja Europejska już w maju 2020 roku skierowała do Polski formalne wezwanie do usunięcia uchybienia. Później była uzasadniona opinia. W 2025 roku sprawa trafiła na poziom Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej.

To pokazuje, że problem nie polegał na jednym lokalnym sporze czy jednej decyzji sądu. To był systemowy defekt.

Mieszkańcy i organizacje mogli mówić: program ochrony powietrza jest niewystarczający. Mogli wskazywać, że normy są przekraczane. Mogli alarmować, że działania są zbyt wolne. Ale bez skutecznego dostępu do sądu ich głos często kończył się na etapie obywatelskiej frustracji.

A frustracja, jak wiadomo, świetnie nadaje się do rozmów przy stole. Gorzej działa jako instrument prawny.

Co mają z tym wspólnego nowe przepisy unijne?

Drugim powodem nowelizacji jest nowa dyrektywa UE 2024/2881 w sprawie jakości powietrza i czystszego powietrza dla Europy.

To dokument, który zaostrza podejście do monitorowania, oceny i zarządzania jakością powietrza. Unia chce nie tylko lepszych norm, ale też skuteczniejszych narzędzi kontroli, informacji publicznej i odpowiedzialności za brak działań.

W polskich pracach legislacyjnych pojawia się także projekt osobnej ustawy o jakości powietrza. Ma ona wdrożyć szersze rozwiązania wynikające z nowej dyrektywy, w tym nowe wymagania dotyczące monitoringu, modelowania, informowania społeczeństwa oraz zarządzania jakością powietrza.

Według rządowych założeń osiągnięcie nowych poziomów dopuszczalnych dla pyłu PM2,5 może pozwolić w Polsce uniknąć około 30 tysięcy przedwczesnych zgonów rocznie. To liczba, która powinna zakończyć dyskusję o tym, czy jakość powietrza jest tematem „ekologicznym”, „ideologicznym” czy „modnym”.

To jest temat zdrowia publicznego.

A zdrowie publiczne nie kończy się na oddziale szpitalnym. Zaczyna się często przy piecu, na ulicy, przy kominie, przy ruchliwej drodze i przy decyzji samorządu, czy problem naprawdę traktuje poważnie.

Dlaczego samorządy dostają okres przejściowy?

Projekt zawiera także przepisy przejściowe. Mają one umożliwić samorządom województw przyjmowanie uproszczonych aktualizacji programów ochrony powietrza do końca 2026 roku.

Powód jest praktyczny.

Nowa unijna dyrektywa wymusi przygotowanie nowych dokumentów i dostosowanie systemu do nowych zasad. Gdyby nie przepisy przejściowe, część samorządów musiałaby opracowywać pełne programy ochrony powietrza na krótki okres, zanim i tak trzeba byłoby przygotować nowe dokumenty według unijnych wymagań.

Z punktu widzenia administracji uproszczona aktualizacja ma sens. Państwo nie powinno produkować dokumentów tylko po to, by po chwili wyrzucić je do archiwum. Papier przyjmie wszystko, ale powietrze już nie.

Problem polega jednak na czymś innym.

Uproszczona aktualizacja nie może oznaczać uproszczonej odpowiedzialności. Nie może stać się wygodnym pretekstem do przeczekania. Bo jeśli samorząd uzna, że do 2028 roku wystarczy „jakoś dotrwać”, to mieszkańcy znów dostaną dokument zamiast realnej zmiany.

A dokumentem jeszcze nikt astmy nie wyleczył.

Co to oznacza dla mieszkańców?

Dla mieszkańców najważniejsza jest zmiana pozycji.

Dotąd obywatel często był uczestnikiem konsultacji. Mógł zgłaszać uwagi. Mógł pisać pisma. Mógł narzekać na jakość powietrza. Mógł udostępniać mapy smogu, robić zdjęcia dymiących kominów i pytać, dlaczego zimą nie da się otworzyć okna.

Ale kiedy chciał przejść z poziomu apelu na poziom kontroli prawnej, napotykał barierę.

Nowe przepisy mają tę barierę obniżyć.

To nie znaczy, że każdy program ochrony powietrza zostanie od razu uchylony. To nie znaczy, że sądy zastąpią samorządy. To nie znaczy też, że każdy mieszkaniec będzie mógł jednym kliknięciem unieważnić uchwałę sejmiku.

Ale pojawia się realna możliwość zadania przed sądem pytania: czy program jest zgodny z prawem, czy zawiera odpowiednie działania i czy samorząd nie unika obowiązków?

To jest różnica między demokracją fasadową a demokracją kontrolną.

W pierwszej mieszkaniec może zabrać głos. W drugiej może jeszcze sprawdzić, czy władza zrobiła to, do czego była zobowiązana.

Gdzie jest potencjalny haczyk?

Najbardziej dyskusyjny może być wymóg dwuletniej działalności dla firm, jednostek i organizacji społecznych.

Rząd tłumaczy, że taki warunek ma utrudnić blokowanie uchwał „dla zasady”. W komunikacie po posiedzeniu rządu pojawiła się argumentacja, że chodzi o ograniczenie sytuacji, w których ktoś tworzy podmiot tylko po to, by zaskarżyć konkretną uchwałę.

To brzmi racjonalnie.

Ale z drugiej strony lokalne problemy często rodzą lokalne ruchy. Czasem dopiero konkretna inwestycja, konkretne przekroczenia norm albo konkretna bezczynność władz budzą mieszkańców. Organizacja powstaje właśnie dlatego, że wcześniej nikt nie reagował.

Jeśli więc prawo będzie zbyt mocno premiować tylko podmioty długo istniejące, może ograniczyć głos nowych inicjatyw obywatelskich.

Tu pojawia się pytanie, które warto zadać już teraz: czy wymóg dwóch lat rzeczywiście chroni system przed nadużyciami, czy raczej chroni administrację przed świeżą obywatelską energią?

Bo czasami właśnie świeża energia jest tym, czego najbardziej boi się stary urząd.

Co to oznacza dla Dolnego Śląska?

Dla Dolnego Śląska temat jest bardzo konkretny. Programy ochrony powietrza nie są abstrakcją z ministerialnej półki. Dotyczą województwa, miast, mniejszych miejscowości, kotlin, przedmieść, stref komunikacyjnych i obszarów, gdzie zimą jakość powietrza potrafi zmieniać się szybciej niż urzędowy komunikat.

Dolny Śląsk ma swoje programy ochrony powietrza i aktualizacje. Ma też swoje realne problemy: niską emisję, transport, gęstą zabudowę, lokalne kotłownie, stare piece, ruch samochodowy, a w niektórych miejscach specyficzne warunki terenowe.

Nowe przepisy mogą więc oznaczać, że mieszkańcy nie będą musieli czekać wyłącznie na polityczną wolę sejmiku albo urzędową interpretację skuteczności programu.

Będą mogli pytać: czy działania są wystarczające? Czy terminy są realne? Czy źródła zanieczyszczeń zostały dobrze rozpoznane? Czy plan działań krótkoterminowych faktycznie chroni mieszkańców w czasie epizodów smogowych? Czy program jest narzędziem zmiany, czy tylko dokumentem do odhaczenia?

To są pytania, które w zdrowym systemie powinny być normalne.

U nas często brzmią jak zamach na święty spokój.

Czy sądy rozwiążą problem smogu?

Nie. I warto to powiedzieć jasno.

Sąd nie wymieni kopciucha. Sąd nie zbuduje transportu publicznego. Sąd nie ociepli budynków. Sąd nie przekona mieszkańca, że palenie byle czym szkodzi nie tylko sąsiadowi, ale także jego własnym dzieciom.

Sąd może jednak sprawdzić, czy władza wykonała obowiązki. Może ocenić legalność programu. Może zakwestionować pozorność działań. Może zmusić administrację do poważniejszego traktowania dokumentów, które przez lata bywały pisane językiem wielkich celów i małych konsekwencji.

To właśnie dlatego dostęp do sądu jest tak ważny.

Nie jako cudowny filtr powietrza.

Jako filtr odpowiedzialności.

Czy to będzie przełom?

Może być. Ale tylko pod warunkiem, że nowe przepisy nie zatrzymają się na deklaracji.

Przełomem będzie dopiero sytuacja, w której mieszkaniec, lokalna firma albo organizacja społeczna rzeczywiście będą mogli skutecznie zaskarżyć program ochrony powietrza. Nie po to, by blokować samorząd. Po to, by wymusić poważną rozmowę o działaniach, terminach i skutkach.

Bo walka o czyste powietrze zbyt długo była w Polsce opisywana językiem kampanii, apeli i sezonowych alarmów. Tymczasem to jest sprawa prawa, zdrowia i odpowiedzialności publicznej.

Jeśli państwo mówi mieszkańcowi: masz prawo do czystego powietrza, to mieszkaniec powinien mieć też prawo zapytać sąd, dlaczego tego prawa nie widać za oknem.

Co dalej?

Projekt trafi teraz do dalszych prac legislacyjnych. Nowe przepisy mają wejść w życie po 14 dniach od ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.

Warto więc pilnować nie tylko samego projektu, ale także jego ostatecznego brzmienia. Szczególnie ważne będą trzy elementy: zakres uprawnionych do skargi, termin sześciu miesięcy oraz zasady zaskarżania bezczynności sejmików wojewódzkich.

Bo diabeł, jak zwykle, nie siedzi w smogu. Diabeł siedzi w przepisach przejściowych, terminach i jednym niewinnie brzmiącym zdaniu, które potrafi obywatelowi zamknąć drogę do sądu.

Na razie rząd zapowiada otwarcie drzwi.

Teraz trzeba sprawdzić, czy po wejściu w życie ustawy obywatel naprawdę będzie mógł przez nie przejść.

Źródła: Kancelaria Prezesa Rady Ministrów, Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Komisja Europejska, EUR-Lex.


📰 Śledź nas w
Google News, bądź na bieżąco z regionem

☕ Postaw kawę
Autor: Redakcja Radio DTR
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry