Pacjent z NFZ, klient prywatnie? Wypisy z trzebnickiego szpitala pokazują mechanizm, który trzeba wyjaśnić

Oceń materiał

Publiczny szpital operuje pacjenta, leczenie finansowane jest ze środków publicznych, a w karcie wypisowej pojawia się nazwisko konkretnego fizjoterapeuty wraz z bezpośrednim numerem telefonu. Nie byłoby w tym niczego szczególnego, gdyby nie dwa fakty: wskazany specjalista jest związany z tym samym oddziałem, a jednocześnie prowadzi prywatną praktykę rehabilitacyjną. Tymczasem Szpital im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy posiada własny Oddział Rehabilitacji, 84 łóżka, 23 fizjoterapeutów i specjalistyczne stanowisko terapii ręki. Mamy kilka wypisów różnych pacjentów. Nie mamy jeszcze odpowiedzi szpitala. Mamy za to wystarczająco dużo dokumentów, aby zapytać, gdzie kończy się publiczna medycyna, a zaczyna prywatny biznes.

Nie chodzi o numer telefonu.

Numer jest jedynie nitką, za którą można pociągnąć.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Znacznie ważniejsze jest to, dokąd ta nitka prowadzi.

Bo problemem nie jest fakt, że lekarz czy fizjoterapeuta pracujący w publicznym szpitalu prowadzi równocześnie prywatną działalność. Tak funkcjonuje znaczna część polskiej ochrony zdrowia i samo łączenie obu form pracy nie oznacza nieprawidłowości.

Problem pojawia się wtedy, gdy między nimi może powstać most:

publiczny pacjent → publiczny szpital → publiczna dokumentacja medyczna → konkretny specjalista → prywatna usługa.

Czy taki właśnie most powstał w trzebnickim szpitalu?

Tego jeszcze nie przesądzamy.

Ale dokumenty, które trafiły do naszej redakcji, powodują, że pytanie przestaje być teoretyczne.

Najpierw była skarga. Potem pojawiły się wypisy

5 sierpnia 2026 roku do Starostwa Powiatowego w Trzebnicy skierowano skargę dotyczącą praktyk na Oddziale Chirurgii Ręki Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej.

Autorzy opisują sytuację, w której pacjenci po operacjach wymagający rehabilitacji mieli być kierowani nie do placówki realizującej dalsze świadczenia finansowane przez NFZ, lecz do konkretnego fizjoterapeuty prowadzącego prywatną praktykę.

W piśmie wskazano Marcina Syrko oraz jego praktykę rehabilitacyjną w Trzebnicy. Autorzy twierdzą również, że po kontakcie z podanym numerem pacjent umawiany był na prywatne wizyty.

To na tym etapie pozostawało relacją pacjentów.

Tyle że do skargi dołączono coś znacznie ważniejszego niż opowieść.

Dokumentację medyczną.

Na karcie informacyjnej wydanej przez szpital w części dotyczącej dalszego leczenia wpisano rehabilitację u Marcina Syrko wraz z bezpośrednim numerem telefonu.

I sprawa mogłaby nadal zostać uznana za pojedynczy przypadek.

Gdyby nie następne dokumenty.

Czterech pacjentów i powtarzający się schemat

11 sierpnia do redakcji trafiło następne pismo.

Jego autorzy napisali wprost, że zebrali się w cztery osoby i przekazują własne karty wypisowe na potwierdzenie opisywanej praktyki. Według nich wskazywany w dokumentacji numer miał służyć do umawiania prywatnej rehabilitacji.

I rzeczywiście — na kolejnych kartach informacyjnych pojawia się ten sam schemat.

Na jednym z wypisów szpital zaleca rehabilitację „pod okiem” Marcina Syrko, podając jednocześnie jego numer telefonu.

Na następnym dokument zawiera zalecenie fizjoterapii ze wskazaniem Marcina Syrko i tego samego kontaktu.

W kolejnej dokumentacji zalecono ćwiczenia według protokołu rehabilitanta ręki, ponownie wskazując Marcina Syrko wraz z numerem.

W jeszcze innym wypisie sytuacja się powtarza — w dalszym postępowaniu wskazany zostaje instruktaż fizjoterapeutyczny u tego samego specjalisty.

To zasadniczo zmienia wagę materiału.

Jeden wypis może być wyjątkiem. Kilka kart różnych pacjentów, wystawianych przez różnych lekarzy, z tym samym nazwiskiem i numerem telefonu wygląda już na powtarzalny sposób postępowania.

Czy był to oficjalny element organizacji leczenia?

Kto go zatwierdził?

Czy wskazany numer prowadził do świadczeń wykonywanych dla szpitala, czy do prywatnej działalności?

Tego właśnie trzeba teraz ustalić.

Fizjoterapeuta nie jest osobą z zewnątrz

Kolejny dokument tej układanki znajduje się nie w naszych materiałach, lecz na oficjalnej stronie samego Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej.

W składzie Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki szpital wymienia kierownika dr. n. med. Ahmeda Elsaftawy, zastępcę Pawła Stajniaka oraz zespół lekarzy.

A poniżej znajduje się osobna pozycja:

„Rehabilitacja ręki: dr n. kf. Marcin Syrko”.

To oficjalna informacja placówki.

Czyli osoba pojawiająca się w wypisach nie jest przypadkowym fizjoterapeutą, którego nazwisko pacjent znalazł po powrocie do domu.

Jest specjalistą, którego sam szpital przedstawia jako osobę odpowiadającą za rehabilitację ręki przy tym oddziale.

Jednocześnie w pierwszej skardze pacjenci wskazują jego prywatną praktykę rehabilitacyjną wraz z adresem w Trzebnicy.

I w tym miejscu sprawa przestaje dotyczyć tego, czy wolno umieścić numer telefonu na wypisie.

Pojawia się znacznie poważniejsze pytanie:

w jakim charakterze Marcin Syrko był wskazywany pacjentom — jako rehabilitant publicznego szpitala czy jako prowadzący prywatną działalność?

Szpital ma własną rehabilitację. I to jaką

Jest jeszcze coś.

Szpital w Trzebnicy nie jest placówką, która po wykonaniu operacji pozostaje bez własnego zaplecza rehabilitacyjnego i dlatego musi powiedzieć pacjentowi: „proszę sobie kogoś znaleźć”.

Przeciwnie.

Według oficjalnych danych Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej jego Oddział Rehabilitacji dysponuje 84 łóżkami dla pacjentów ze schorzeniami narządu ruchu.

Placówka informuje o trzech dużych salach gimnastycznych, sprzęcie robotycznym, szynach CPM dla kończyn dolnych i górnych oraz — co w tej sprawie jest szczególnie istotne — osobnym pomieszczeniu przeznaczonym do specjalistycznej terapii ręki, wyposażonym m.in. w stoły terapeutyczne i rękawicę multimedialną.

Szpital podaje również, że zatrudnia na oddziale 23 fizjoterapeutów, specjalistę fizjoterapii i czterech specjalistów rehabilitacji medycznej.

Co więcej, rehabilitacja ogólnoustrojowa prowadzona jest tam w ramach umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia, a wśród wskazań do pobytu refundowanego przez NFZ szpital sam wymienia m.in. stan po zabiegach operacyjnych dotyczących narządu ruchu oraz stan po urazach narządu ruchu.

Trzeba tu zachować precyzję.

Nie każdy pacjent po operacji ręki automatycznie kwalifikuje się do stacjonarnego Oddziału Rehabilitacji. Sam szpital informuje, że o przyjęciu decyduje lekarz specjalista rehabilitacji.

Ale właśnie dlatego pytanie jest jeszcze bardziej konkretne:

jaką ścieżkę dalszej rehabilitacji finansowanej publicznie przedstawiano pacjentowi, któremu jednocześnie wpisywano na wypisie nazwisko i telefon konkretnego specjalisty?

NFZ daje pacjentowi inną drogę

Narodowy Fundusz Zdrowia opisuje kilka form rehabilitacji leczniczej: ambulatoryjną, domową, dzienną i stacjonarną.

Skierowanie na rehabilitację lub zabiegi fizjoterapeutyczne może wystawić uprawniony lekarz ubezpieczenia zdrowotnego. W rehabilitacji ambulatoryjnej NFZ finansuje do pięciu zabiegów dziennie w dziesięciodniowym cyklu terapeutycznym.

Jest jeszcze jedna bardzo ważna zasada.

NFZ wyjaśnia, że karta informacyjna ze szpitala nie zastępuje skierowania. Jeżeli po hospitalizacji wskazana jest kontynuacja leczenia wymagająca skierowania, powinien je wystawić lekarz prowadzący leczenie pacjenta w szpitalu.

I tu dochodzimy do jednego z najważniejszych pytań całej sprawy:

ilu pacjentom, którym wpisano na wypisie nazwisko konkretnego fizjoterapeuty, wystawiono jednocześnie skierowanie umożliwiające skorzystanie z rehabilitacji finansowanej przez NFZ?

Tego jeszcze nie wiemy.

Ale szpital powinien wiedzieć.

I o to zapytamy.

Publiczne leczenie i prywatny biznes mogą istnieć obok siebie. Nie powinny jednak zlewać się w jedno

Nie zamierzamy udawać, że lekarz pracujący publicznie nie może prowadzić prywatnego gabinetu.

Może.

Fizjoterapeuta również.

Problem polskiej ochrony zdrowia leży gdzie indziej.

Przez lata przyzwyczailiśmy się do modelu, w którym te same osoby rano funkcjonują w systemie publicznym, a po południu w prywatnym. To samo w sobie nie musi być patologią.

Reklama
Reklama
Reklama

Patologia zaczynałaby się dopiero wtedy, gdy publiczny system stawałby się źródłem klientów dla działalności prywatnej.

Bo publiczny szpital nie jest darmową halą wystawienniczą dla prywatnych gabinetów.

Pacjent NFZ nie jest bazą potencjalnych klientów.

Dokumentacja wypisowa nie jest miejscem na komercyjne rekomendacje.

A dostęp do człowieka, który właśnie został zoperowany i chce odzyskać sprawność, nie może być traktowany jak biznesowy lead.

To właśnie tutaj powinna przebiegać bardzo wyraźna granica.

Pacjent nie dostaje reklamy. Dostaje zalecenie lekarza

To szczególnie ważne.

Wyobraźmy sobie pacjenta kilka dni po operacji ręki.

Nie analizuje rynku fizjoterapii.

Nie porównuje ofert w internecie.

Nie prowadzi przetargu na własną rehabilitację.

Dostaje do ręki kartę informacyjną szpitala, a w niej zalecenia lekarza.

Jeżeli pomiędzy informacjami o lekach, opatrunkach, kontroli pooperacyjnej i ćwiczeniach znajduje się nazwisko konkretnej osoby oraz jej numer telefonu, naturalnym jest, że pacjent może potraktować tę informację jako element procesu leczenia zalecony przez szpital.

I właśnie dlatego taka praktyka wymaga wyjątkowej transparentności.

Pacjent powinien wiedzieć:

czy jest kierowany do świadczenia publicznego,

czy kontaktuje się z osobą wykonującą usługę w ramach umowy ze szpitalem,

czy właśnie opuszcza system NFZ i zaczyna korzystać z odpłatnej usługi prywatnej.

Te trzy sytuacje nie są tym samym.

Najcenniejszym towarem może być przecież sam pacjent

W medycynie prywatnej największym problemem biznesowym jest zdobycie pacjenta.

Publiczny szpital tego problemu nie ma.

Pacjent przychodzi sam — ze skierowaniem, po wypadku, z chorobą albo urazem.

System publiczny finansuje diagnostykę, blok operacyjny, sprzęt, personel, hospitalizację i leczenie.

Tworzy również coś jeszcze:

zaufanie.

Jeżeli człowiek po operacji otrzymuje od lekarza wskazanie konkretnej osoby, nie traktuje jej jak jednej z dziesięciu ofert reklamowych.

Traktuje ją jako kogoś rekomendowanego przez lekarza i szpital.

Dlatego połączenie publicznej funkcji z prywatnym interesem ekonomicznym wymaga bardzo rygorystycznych zabezpieczeń.

Inaczej granica między leczeniem a sprzedażą może stać się praktycznie niewidoczna.

Najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy wolno podać numer?”

Nie zamierzamy sprowadzać tej historii do RODO i numeru telefonu.

To byłoby ominięcie istoty sprawy.

Najważniejsze pytanie brzmi:

czy publiczna infrastruktura, dokumentacja, personel i dostęp do pacjentów Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej mogły być wykorzystywane w sposób prowadzący pacjentów do prywatnych, odpłatnych świadczeń osób związanych jednocześnie ze szpitalem?

Na razie mamy dokumentację potwierdzającą pierwszy fragment tego łańcucha:

szpital → pacjent → wypis → konkretny fizjoterapeuta → konkretny numer telefonu.

Mamy także oświadczenia pacjentów, że kolejnym elementem miały być wizyty prywatne.

Tego drugiego elementu nie uznajemy jeszcze za ustalony fakt.

Będziemy go weryfikować.

I jeszcze jedno: różni lekarze, ten sam sposób

Dokumenty są ciekawe również z innego powodu.

Karty informacyjne, na których występuje nazwisko rehabilitanta, nie dotyczą jednego lekarza.

W materiałach pojawiają się m.in. Szymon Manasterski oraz Paweł Stajniak. Dokumenty opatrywane są również podpisem elektronicznym Ahmeda Elsaftawy.

Oficjalna strona szpitala potwierdza, że Paweł Stajniak jest zastępcą kierownika Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki, Szymon Manasterski należy do zespołu lekarskiego, a kierownikiem jest Ahmed Elsaftawy.

To kolejny argument, aby nie traktować sprawy jak incydentu jednego lekarza.

Trzeba ustalić, czy była to przyjęta praktyka całego oddziału, element szablonu wypisu, decyzja kierownictwa czy indywidualne zalecenia poszczególnych medyków.

Publiczny szpital nie jest prywatnym dobrem personelu

I może właśnie tutaj znajduje się szerszy problem, wykraczający daleko poza Trzebnicę.

Publiczny szpital nie należy do ordynatora.

Nie należy do lekarza.

Nie należy do fizjoterapeuty.

Nie jest również bezpłatnym zapleczem dla działalności gospodarczej ludzi, którzy w nim pracują.

Jego aparatura, marka, kontrakty, infrastruktura i przede wszystkim dostęp do pacjentów istnieją dzięki publicznym pieniądzom.

Dlatego każda sytuacja, w której ten zasób może łączyć się z prywatnym interesem osób zatrudnionych w placówce, powinna być przejrzysta jak szkło.

Nie wystarczy powiedzieć:

„przecież pacjent mógł pójść gdzie indziej”.

Pacjent musiałby najpierw wiedzieć, że ma dokąd pójść.

Musiałby otrzymać skierowanie.

Musiałby wiedzieć, która część proponowanego leczenia jest świadczeniem NFZ, a która prywatną usługą.

I przede wszystkim powinien mieć rzeczywisty wybór — a nie wybór istniejący wyłącznie na papierze.

Teraz zapytamy szpital

Radio DTR skieruje do Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy szczegółowe pytania.

Będziemy chcieli ustalić między innymi skalę stosowania takich zapisów w kartach wypisowych, podstawę wskazywania konkretnego fizjoterapeuty, charakter jego współpracy ze szpitalem, sposób rozdzielenia świadczeń publicznych od prywatnych oraz liczbę skierowań na rehabilitację NFZ wystawionych pacjentom chirurgii ręki.

Zapytamy również, czy wskazywany w dokumentach numer był oficjalnym numerem kontaktowym służącym realizacji świadczeń szpitalnych, czy kontaktem związanym z prywatną działalnością.

I najważniejsze:

jak szpital zabezpiecza pacjentów przed sytuacją, w której publiczny proces leczenia mógłby stać się początkiem prywatnej relacji handlowej między pacjentem a osobą pracującą w tej samej placówce?

Damy szpitalowi możliwość przedstawienia stanowiska.

Bo być może istnieje proste i zgodne z prawem wyjaśnienie całego mechanizmu.

Ale skoro szpital potrafi na własnej stronie szczegółowo opisać 84 łóżka, 23 fizjoterapeutów i specjalistyczne pomieszczenie do terapii ręki, powinien równie precyzyjnie potrafić odpowiedzieć na prostsze pytanie:

dlaczego na wypisach pacjentów chirurgii ręki pojawia się nazwisko jednego konkretnego fizjoterapeuty i jego telefon?

A jeśli po tym telefonie rzeczywiście rozpoczynała się odpłatna prywatna rehabilitacja — pozostaje pytanie jeszcze ważniejsze:

gdzie kończył się publiczny szpital, a zaczynał prywatny biznes?

Na tę odpowiedź będziemy czekać.

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Koszyk
Przewijanie do góry