Najpierw były wypisy pacjentów z nazwiskiem konkretnego fizjoterapeuty i numerem telefonu. Teraz odezwała się osoba z trzebnickiego szpitala. Relacja przesłana redakcji idzie znacznie dalej: problemem nie ma być pojedynczy numer na karcie informacyjnej, lecz mechanizm, w którym publiczny szpital może stawać się miejscem pozyskiwania pacjentów dla prywatnych gabinetów osób związanych z placówką. Nazwisk opisywanych przez sygnalistę nie publikujemy. Interesuje nas system. I pytanie, czy Powiat Trzebnicki oraz kierownictwo szpitala zamierzają go wreszcie sprawdzić.
W poprzednim materiale pokazaliśmy dokumenty.
Nie anonimową opowieść. Nie plotkę. Nie wpis z Facebooka.
Karty informacyjne ze Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej w Trzebnicy.
Na kolejnych wypisach pacjentów Oddziału Chirurgii Plastycznej i Chirurgii Ręki pojawiało się nazwisko tego samego fizjoterapeuty wraz z bezpośrednim numerem telefonu. Pacjenci twierdzili, że po kontakcie byli umawiani na prywatną rehabilitację.
Same karty potwierdzają przynajmniej pierwszą część tego mechanizmu: szpital rzeczywiście wskazywał konkretnego specjalistę w zaleceniach pooperacyjnych.
Wtedy zapytaliśmy:
gdzie kończy się publiczne leczenie, a zaczyna prywatny biznes?
Dzisiaj to pytanie nabiera zupełnie innego znaczenia.
Odezwała się osoba ze środka
Po publikacji do redakcji napisała osoba przedstawiająca się jako osoba pracująca na Oddziale trzebnickiego szpitala.
Jej relację traktujemy jako sygnał wymagający weryfikacji.
Nie będziemy publikować nazwisk osób, których dotyczą zarzuty. Nie będziemy też rozstrzygać personalnych konfliktów, dopóki nie zobaczymy dokumentów.
Bo z tej wiadomości wynika coś znacznie ważniejszego.
Sygnalista opisuje mechanizm, w którym osoby związane zawodowo z rehabilitacją szpitalną mają jednocześnie prowadzić prywatne gabinety świadczące podobne usługi.
Według relacji część pacjentów po zakończeniu rehabilitacji finansowanej ze środków publicznych miałaby być przekonywana do dalszej odpłatnej terapii poza szpitalem.
Pada również zarzut, że niektórzy pacjenci mogliby ponownie korzystać z rehabilitacji finansowanej przez NFZ, ale zamiast tego mieliby trafiać do prywatnych gabinetów.
Tego ostatniego nie potwierdziliśmy dokumentami.
Ale nie sposób zignorować faktu, że jest to dokładnie ten sam rodzaj problemu, który wcześniej dostrzegliśmy na wypisach chirurgii ręki.
Publiczny pacjent.
Publiczny szpital.
Osoba związana zawodowo z placówką.
I prywatna działalność gospodarcza oferująca temu samemu pacjentowi dalszą usługę.
Numer telefonu był tylko nitką
Można było próbować sprowadzić poprzednią historię do numeru telefonu.
Czy wolno go było wpisać?
Czy był prywatny?
Czy był służbowy?
To pytania techniczne.
Ale numer okazał się tylko nitką.
Po jej pociągnięciu pojawia się zasadniczy problem:
czy funkcja wykonywana w publicznym szpitalu może służyć do zdobywania klientów własnej działalności gospodarczej?
Bo przecież właśnie na tym polega potencjalny konflikt interesów.
Nie na tym, że ktoś ma firmę.
Firma sama w sobie nie jest problemem.
Problemem staje się sytuacja, w której interes zawodowy osoby zatrudnionej w placówce publicznej może zbiegać się z jej prywatnym interesem finansowym.
Spróbujmy zrobić prosty eksperyment
Wyobraźmy sobie prywatne przedsiębiorstwo.
Firma zatrudnia pracownika do świadczenia konkretnej usługi.
Zapewnia mu pomieszczenia.
Kupuje sprzęt.
Płaci za media.
Finansuje administrację.
Buduje markę.
I przede wszystkim dostarcza klientów.
Pracownik wykonuje usługę w ramach swojego zatrudnienia, a potem mówi klientowi:
„Jeżeli chce pan dalszej pomocy, proszę przyjść do mojej własnej firmy.”
Jak długo właściciel prywatnego przedsiębiorstwa tolerowałby taki model?
Dzień?
Tydzień?
Do pierwszej faktury?
W normalnej firmie natychmiast pojawiłyby się pytania o działalność konkurencyjną, lojalność wobec pracodawcy, wykorzystanie bazy klientów i czerpanie prywatnych korzyści z relacji powstałej dzięki cudzej firmie.
Dlaczego więc w publicznym szpitalu mielibyśmy stosować łagodniejsze standardy?
Zwłaszcza że tutaj przedsiębiorcą wykładającym pieniądze jesteśmy wszyscy.
Publiczny szpital daje coś więcej niż lokal
Szpital nie daje pracownikowi tylko gabinetu.
Daje znacznie więcej.
Daje pacjenta.
A pacjent w ochronie zdrowia jest szczególnym „klientem”.
Nie przychodzi porównać oferty.
Nie przegląda cenników.
Nie negocjuje rabatu.
Przychodzi, bo coś go boli, doznał urazu albo właśnie przeszedł operację.
Przez kilka tygodni specjalista buduje z nim relację terapeutyczną.
Pacjent zaczyna mu ufać.
A jeżeli po zakończeniu świadczeń finansowanych przez NFZ słyszy:
„powinien pan dalej ćwiczyć — proszę przyjść do mnie prywatnie”,
to trudno traktować taką propozycję jak zwyczajną reklamę.
Za nią stoi autorytet zdobyty dzięki pracy w publicznym systemie.
I właśnie dlatego granica musi być wyjątkowo czytelna.
Sygnalista opisuje jeszcze poważniejszą rzecz
W wiadomości, którą otrzymaliśmy, znajduje się również zarzut dotyczący wpływu osób związanych z oddziałem na możliwość ponownego przyjęcia pacjentów.
Według źródła część pacjentów ma obawiać się zgłaszania nieprawidłowości, ponieważ zależy im na kolejnych pobytach rehabilitacyjnych.
To bardzo poważne twierdzenie.
Na obecnym etapie nie mamy dowodów, że komukolwiek odmówiono świadczenia z powodu skargi albo że możliwość ponownego przyjęcia wykorzystywano jako formę nacisku.
Ale taki sygnał powinien uruchomić kontrolę.
Nie publicystyczną polemikę.
Kontrolę.
Bo przecież wszystko można sprawdzić.
Kto kwalifikował pacjentów?
Na jakiej podstawie?
Ilu pacjentów wracało na kolejny turnus?
Ilu oczekiwało?
Ilu odrzucono?
Czy osoby uczestniczące w procesie kwalifikacji prowadziły jednocześnie działalność prywatną w tym samym zakresie?
To są dane.
Nie opinie.
A kiedy wykonywana jest praca prywatna?
Jest jeszcze jeden element, którego nie można ominąć.
Jeżeli pracownik publicznego szpitala jednocześnie prowadzi prywatną działalność gospodarczą oferującą te same albo bardzo podobne świadczenia, naturalne stają się pytania o czas pracy.
Nie twierdzimy, że godziny się pokrywają.
Ale skoro pojawił się taki sygnał, odpowiedź jest banalnie prosta.
Szpital posiada grafiki.
Ma harmonogramy.
Ma umowy.
Ma ewidencję czasu pracy albo rozliczenia kontraktowe.
Można więc sprawdzić, czy ktoś podczas godzin, za które płaci mu publiczna placówka, nie wykonuje równocześnie działalności prywatnej.
A jeżeli prywatny gabinet funkcjonuje wyłącznie poza godzinami szpitalnymi — ten zarzut upada.
Tak powinna działać kontrola.
Etyka zawodowa nie kończy się na poprawnie wykonanym zabiegu
Sprawa ma też wymiar, którego nie można sprowadzać wyłącznie do przepisów podatkowych, umów czy działalności gospodarczej.
Jest nim konflikt interesów.
Zasady etyki zawodowej fizjoterapeuty mówią o odpowiedzialności, integralności zawodowej, uczciwej konkurencji, ochronie zaufania pacjenta oraz konieczności uwzględniania potencjalnego konfliktu interesów.
I słusznie.
Bo medycyna i fizjoterapia nie są zwykłym handlem.
Pacjent musi mieć pewność, że zalecenie dalszego leczenia wynika z jego potrzeb zdrowotnych, a nie z faktu, że osoba wydająca albo sugerująca to zalecenie może na kolejnej wizycie zarobić.
To fundamentalna różnica.
W szpitalu nie może powstać prywatny „lejek sprzedażowy”
W marketingu istnieje określenie „lejek sprzedażowy”.
Najpierw ktoś poznaje klienta.
Potem buduje jego zaufanie.
Na końcu sprzedaje usługę.
W ochronie zdrowia taki model brzmi odpychająco.
I powinien.
Bo pacjent leczony za środki NFZ nie jest leadem sprzedażowym dla prywatnego gabinetu.
Publiczny szpital nie może być bezpłatnym punktem pozyskiwania klientów.
Publiczna rehabilitacja nie może stanowić etapu demonstracyjnego przed odpłatną usługą.
A stanowisko służbowe nie może dawać przewagi biznesowej tylko dlatego, że ktoś dzięki niemu ma dostęp do setek pacjentów.
Nazwiska są tu drugorzędne
Sygnalista podał nazwiska.
My ich dzisiaj nie publikujemy.
Bo personalizacja tej historii bardzo szybko zamieniłaby ją w konflikt:
ten przeciw temu,
ta przeciw tamtej,
jedna grupa pracowników przeciw drugiej.
A wtedy zgubilibyśmy to, co najważniejsze.
Mechanizm.
Bo jeżeli opisane praktyki rzeczywiście istnieją, nie ma znaczenia, czy dotyczą jednej, dwóch czy pięciu osób.
Znaczenie ma to, czy szpital posiada system, który im zapobiega.
Czy pracownik musi zgłosić działalność konkurencyjną?
Czy szpital analizuje konflikty interesów?
Czy istnieje zakaz reklamowania prywatnych usług pacjentom?
Czy wolno wręczać wizytówki?
Czy można podczas leczenia rekomendować własny gabinet?
Czy osoby kwalifikujące pacjentów do świadczeń NFZ mogą jednocześnie prowadzić działalność komercyjną w identycznym zakresie?
To są pytania do zarządzających szpitalem.
Powiat już nie może powiedzieć, że nie wiedział
Pierwsze sygnały pojawiły się wcześniej.
Były skargi pacjentów.
Były dokumenty.
Były wypisy.
Teraz pojawia się osoba ze środka szpitala, która opisuje szerszy mechanizm.
Nie twierdzimy, że jej relacja jest prawdziwa w każdym szczególe.
Właśnie dlatego istnieje nadzór.
Istnieje dyrekcja.
Istnieje organ tworzący.
Istnieje Zarząd Powiatu Trzebnickiego.
W pewnym momencie nie wystarczy już odpowiadać na kolejne pisma.
Trzeba sprawdzić system.
Pani Dyrektor, teraz naprawdę warto zajrzeć głębiej
Pełniąca obowiązki dyrektora Szpitala im. św. Jadwigi Śląskiej dostała placówkę z wieloma problemami.
Finanse są jednym z nich.
Ale pieniądze to nie wszystko.
Bo równie ważne jest pytanie, czy publiczny szpital działa wyłącznie w interesie pacjenta, czy też na jego terenie mogą powstawać prywatne interesy korzystające z publicznej infrastruktury, kontaktów i funkcji.
Nie chodzi o polowanie na lekarzy czy fizjoterapeutów prowadzących działalność gospodarczą.
Chodzi o coś znacznie prostszego:
jasne oddzielenie szpitala od prywatnego biznesu jego personelu.
Jeżeli takie zabezpieczenia istnieją — pokażcie je.
Jeżeli nie istnieją — wprowadźcie je.
Jeżeli ktoś ich nie przestrzega — sprawdźcie to.
Sygnalista już powiedział, co miał powiedzieć
Teraz ruch należy do szpitala i powiatu.
Nie będziemy przesądzać winy.
Nie będziemy budować personalnego aktu oskarżenia.
Ale będziemy patrzeć.
Bo po pierwszych wypisach można było jeszcze powiedzieć:
przypadek.
Po kolejnych:
może praktyka jednego oddziału.
Kiedy jednak zaczyna odzywać się ktoś z innej części szpitala i opisuje podobną zależność między publicznym pacjentem a prywatnym gabinetem, pojawia się już pytanie o coś więcej.
Czy publiczny Szpital w Trzebnicy stał się dla części personelu źródłem prywatnych klientów?
Nie znamy jeszcze odpowiedzi.
Ale znamy mechanizm, o którym mówią pacjenci i sygnalista.
A Powiat Trzebnicki oraz kierownictwo szpitala wiedzą już, czego powinny szukać.
Teraz czekamy, czy zaczną szukać naprawdę.
Czytaj dalej
Ten temat ma ciąg dalszy
Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.








