Przejdź do treści
niedziela 11 października 2026
Imieniny: Aldona, Dobromiła, Emil, Emilian, Emiliusz
11/10/2026Dziennikarz i redaktor naczelny

Felieton o mężczyznach wychowywanych przez kobiety, kobietach, które nie zawsze rozumieją same siebie, i odwiecznej ludzkiej ambicji, żeby znaleźć logikę tam, gdzie nawet autor decyzji nie potrafi jej wyjaśnić.

Podobno szachy są jednym z najdoskonalszych sprawdzianów intelektu. Trzeba myśleć strategicznie, przewidywać ruchy przeciwnika, analizować konsekwencje i umieć przyznać się do błędu. Wszystko odbywa się według jasno określonych zasad. Sześć rodzajów figur, sześćdziesiąt cztery pola i niemal nieskończona liczba możliwości.

Przez lata żyłem jednak w przekonaniu, że prawdziwym testem intelektualnym są kobiety.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Dziś zaczynam podejrzewać, że popełniłem błąd już w samym założeniu. Bo żeby rozwiązać zagadkę, trzeba mieć pewność, że istnieje rozwiązanie. A żeby przewidzieć czyjś ruch, dobrze byłoby wiedzieć, czy osoba, której ruch przewidujemy, sama wie, co zamierza zrobić.

I tu zaczynają się schody. Bez poręczy.

Wychowywany przez kobietę, a później zdziwiony

Zastanawia mnie pewien paradoks. Wielu mężczyzn przez pierwsze lata życia wychowują przede wszystkim kobiety. Matki, babcie, nauczycielki, wychowawczynie. To one uczą nas mówić, rozpoznawać emocje, zachowywać się przy stole, odróżniać dobro od zła i pamiętać, że zimą zakłada się czapkę.

Można więc przypuszczać, że po kilkunastu latach tak intensywnej edukacji mężczyzna powinien mieć przynajmniej podstawowe rozeznanie w kobiecej naturze.

Nic podobnego.

Wystarczy, że zakocha się po raz pierwszy, a cała wieloletnia edukacja okazuje się równie przydatna jak instrukcja obsługi pralki podczas naprawy silnika samochodowego.

Dlaczego?

Ponieważ matka nie wychowuje syna jako przyszłego znawcy kobiet. Wychowuje dziecko. I bardzo często, kierując się troską, rozpoznaje jego potrzeby, zanim ten nauczy się je wyrażać.

Wie, kiedy jest głodny, kiedy zmęczony, kiedy coś go boli. Niekiedy wie również, kiedy kłamie, choć chłopiec jest przekonany, że właśnie przeprowadził operację wywiadowczą na poziomie międzynarodowym.

A potem dorosły mężczyzna spotyka kobietę, która nie zamierza być jego matką.

Nie chce zgadywać, dlaczego milczy. Nie musi wiedzieć, co oznacza jego westchnienie. Nie uważa też, że sam fakt jego obecności powinien być wystarczającą informacją o stanie emocjonalnym gospodarstwa domowego.

I zaczyna się wzajemne zdziwienie.

On myślał, że kobiety rozumieją mężczyzn intuicyjnie. Ona zakładała, że dorosły człowiek potrafi powiedzieć, czego potrzebuje.

Oboje odkrywają, że teoria i praktyka nie zawsze mają ze sobą wiele wspólnego.

Kobiety też nie zawsze rozumieją kobiety

Tu dochodzimy do kwestii, którą w rozmowach o relacjach damsko-męskich często pomijamy.

Dlaczego właściwie zakładamy, że kobiety doskonale rozumieją same siebie?

Przecież człowiek nie jest urządzeniem wyposażonym w przejrzysty panel kontrolny, na którym wyświetlają się wszystkie motywacje, potrzeby i przyczyny podejmowanych decyzji.

Kobieta może zmienić zdanie. Może nie wiedzieć, dlaczego coś ją zdenerwowało. Może pragnąć bliskości, a jednocześnie potrzebować samotności. Może oczekiwać spontaniczności, ale niekoniecznie wtedy, kiedy partner spontanicznie zaprosi na kolację gości, nie informując jej o tym wcześniej.

Czy to sprzeczność?

Czasami tak. Ale przede wszystkim to ludzka natura.

Mężczyźni nie są od niej wolni. Potrafią przez pół godziny tłumaczyć, dlaczego nie należy podejmować decyzji pod wpływem emocji, a następnie przez trzy dni nie odzywać się do kogoś, kto zakwestionował ich umiejętność parkowania.

Różnica polega być może na tym, że mężczyzna częściej próbuje nadać swoim emocjonalnym decyzjom pozory racjonalności.

Nie jest zazdrosny. On tylko analizuje sytuację.

Nie obraził się. Po prostu ograniczył komunikację.

Nie boi się odrzucenia. Dokonuje oceny ryzyka.

Gdyby uczucia rzeczywiście działały według zasad ekonomii i logiki, ludzkość dawno rozwiązałaby większość problemów miłosnych. Tymczasem od tysięcy lat piszemy o nich wiersze, powieści, dramaty i piosenki. Zazwyczaj po to, żeby opisać coś, czego nie potrafiliśmy powiedzieć wprost zainteresowanej osobie.

Mężczyzna, czyli samozwańczy strateg

Dlaczego zatem mężczyzna tak często uważa, że musi rozszyfrować kobietę?

Podejrzewam, że nie zawsze chodzi o ciekawość. Czasami chodzi o kontrolę.

Wielu chłopców dorasta w przekonaniu, że mężczyzna powinien wiedzieć, przewidywać, rozwiązywać problemy i panować nad sytuacją. Jeśli coś nie działa, trzeba znaleźć przyczynę. Jeśli pojawia się trudność, należy opracować strategię.

Tymczasem bliska relacja nie jest zadaniem technicznym.

Kiedy kobieta opowiada o przykrym wydarzeniu, mężczyzna może natychmiast zaproponować trzy rozwiązania, dwa warianty awaryjne i harmonogram wdrożenia.

A ona chciała tylko, żeby jej wysłuchał.

On jest rozczarowany, ponieważ jego propozycje nie zostały docenione. Ona jest zirytowana, ponieważ nie otrzymała tego, czego potrzebowała.

I zaczyna się dyskusja, podczas której obie strony są przekonane, że druga nie rozumie rzeczy oczywistych.

Być może dlatego mężczyzna próbuje przewidywać zachowanie partnerki. Jeśli będzie wiedział, co ona zrobi, uniknie niepewności. A niepewność jest szczególnie niewygodna dla kogoś, kto nauczył się utożsamiać kompetencję z kontrolą.

Problem polega na tym, że zrozumienie drugiego człowieka nie oznacza możliwości sterowania jego zachowaniem.

Można znać czyjeś upodobania, doświadczenia, obawy i przyzwyczajenia. Można nawet przewidywać niektóre reakcje. Ale nie oznacza to, że druga osoba przestaje być niezależnym człowiekiem.

I całe szczęście.

Bo gdybyśmy potrafili przewidzieć każde słowo, gest i decyzję partnera, miłość zaczęłaby przypominać oglądanie tego samego filmu po raz pięćdziesiąty. Niby wszystko się zgadza, ale trudno mówić o niespodziankach.

Matki wychowują synów. A kto wychowuje ich wyobrażenia o kobietach?

Jest jeszcze jeden wątek, być może najciekawszy.

Czy kobiety, wychowując chłopców, nie utrwalają czasami tych wzorców męskości, na które później same narzekają?

Oczywiście nie wszystkie matki i nie wszyscy synowie. Wychowanie jest znacznie bardziej złożone, a odpowiedzialność ponoszą również ojcowie, rodzina, szkoła i otoczenie społeczne.

Ale zastanówmy się nad pewnym mechanizmem.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama

Chłopiec słyszy, że nie powinien płakać, bo musi być dzielny. Że powinien być silny, samodzielny, zdecydowany. Że mężczyzna ma sobie radzić.

A później dorosła kobieta oczekuje od niego umiejętności rozmawiania o uczuciach, przyznawania się do słabości i otwartego komunikowania potrzeb.

On tymczasem przez lata ćwiczył coś zupełnie przeciwnego.

Nie dlatego, że jest mniej inteligentny. Dlatego, że takiego sposobu funkcjonowania się nauczył.

Co więcej, wzorce te bywają przekazywane przez osoby, które same doświadczyły ich negatywnych konsekwencji.

To jeden z najbardziej fascynujących paradoksów wychowania: możemy nieświadomie odtwarzać zachowania, których świadomie nie akceptujemy.

Nie jest to wyłącznie problem kobiet wychowujących synów. To mechanizm międzypokoleniowy, obecny w wielu rodzinach. Często powtarzamy to, co znamy, nawet jeśli obiecaliśmy sobie, że będziemy postępować inaczej.

Najtrudniejszy przeciwnik siedzi po naszej stronie szachownicy

Im dłużej zastanawiam się nad tym wszystkim, tym bardziej dochodzę do wniosku, że popełniamy zasadniczy błąd.

Traktujemy zrozumienie drugiej osoby jak zadanie intelektualne.

Chcemy poznać mechanizm, znaleźć prawidłowość, rozszyfrować zachowanie. Zakładamy, że istnieje jakaś ukryta instrukcja, której odkrycie pozwoli nam uniknąć nieporozumień.

Tymczasem nie zawsze rozumiemy własne postępowanie.

Dlaczego zakochujemy się w konkretnej osobie? Dlaczego czasami tęsknimy za kimś, z kim nie potrafiliśmy żyć? Dlaczego powtarzamy błędy, których konsekwencje doskonale znamy? Dlaczego potrafimy wybaczyć wielkie przewinienie, a pamiętamy przez lata jedno niefortunne zdanie?

Nie na wszystkie pytania znamy odpowiedzi.

Psychologia od dawna pokazuje, że znaczna część procesów wpływających na nasze decyzje odbywa się poza pełną świadomą kontrolą. Nie zawsze mamy bezpośredni dostęp do rzeczywistych przyczyn własnych zachowań.

A skoro tak, oczekiwanie, że druga osoba będzie potrafiła bezbłędnie odczytać nasze intencje, wydaje się dość wygórowane.

Jeszcze bardziej wygórowane jest przekonanie, że my potrafimy bezbłędnie odczytać jej intencje.

Być może największym problemem relacji nie jest brak inteligencji, lecz nadmiar pewności siebie.

Wydaje nam się, że wiemy, co druga osoba miała na myśli. Zamiast zapytać, interpretujemy. Zamiast słuchać, przygotowujemy odpowiedź. Zamiast próbować zrozumieć, szukamy argumentów potwierdzających własną wersję wydarzeń.

A później dziwimy się, że rozmowa kończy się konfliktem.

Miłość nie jest partią szachów

W szachach sytuacja jest przynajmniej uczciwa.

Obaj gracze widzą wszystkie figury. Znają zasady. Wiedzą, jaki jest cel. Mogą analizować posunięcia i sprawdzać, gdzie popełnili błąd.

W relacjach międzyludzkich każdy dysponuje nieco inną mapą rzeczywistości.

To samo zdanie może mieć dla dwojga ludzi zupełnie inne znaczenie. Ten sam gest może być odebrany jako troska albo ograniczanie wolności. Milczenie może oznaczać gniew, zmęczenie, potrzebę spokoju lub zwyczajny brak ochoty na rozmowę.

I nie ma żadnego sędziego, który po analizie sytuacji ogłosi jednoznaczny wynik.

Być może właśnie dlatego tak bardzo lubimy porównywać relacje do gry. Gra daje złudzenie, że istnieje zwycięska strategia.

Ale związek nie powinien polegać na pokonaniu drugiej osoby.

Nie ma sensu wygrywać każdej dyskusji, jeśli ceną zwycięstwa jest stopniowa utrata bliskości.

Nie trzeba też rozumieć wszystkiego, żeby traktować kogoś z szacunkiem. Czasami wystarczy zaakceptować, że druga osoba może widzieć świat inaczej.

I że nie każda różnica wymaga rozstrzygnięcia.

A może wcale nie chodzi o kobiety?

Wracam więc do początkowej myśli.

Przez lata uważałem, że największym testem intelektualnym są kobiety. Teraz coraz bardziej podejrzewam, że prawdziwym sprawdzianem jest umiejętność zrozumienia samego siebie.

Bo przecież kobieta nie jest zagadką stworzoną specjalnie po to, żeby mężczyzna mógł wykazać się inteligencją.

Podobnie mężczyzna nie jest projektem naprawczym, który kobieta powinna cierpliwie realizować przez całe życie.

Oboje bywają rozsądni i nierozsądni. Konsekwentni i niekonsekwentni. Wrażliwi, uparci, odważni, przestraszeni, pewni siebie i kompletnie zagubieni.

Czasami jednocześnie.

Nie wiem, czy z wiekiem rzeczywiście przybywa człowiekowi mądrości. Z pewnością przybywa okazji, żeby przekonać się, jak wiele wcześniejszych pewników nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Może dojrzałość polega właśnie na tym, że przestajemy oczekiwać od drugiego człowieka pełnej przewidywalności.

Że zamiast pytać: „Dlaczego ona taka jest?”, zaczynamy pytać: „Czy ja rzeczywiście próbuję ją zrozumieć, czy tylko chciałbym, żeby zachowywała się zgodnie z moimi oczekiwaniami?”.

To pytanie jest znacznie trudniejsze od przewidywania kolejnego ruchu hetmana.

Bo wymaga spojrzenia nie na przeciwnika, lecz na siebie.

A do tego nie wystarczy znajomość debiutów, strategii i końcówek.

W szachach najtrudniej czasem przyznać się do przegranej. W życiu — do tego, że od początku graliśmy w grę, której zasad nikt z nami nie uzgadniał.

I jeszcze jedno.

W szachach wiadomo, kiedy ktoś dał mata.

W związku można przez trzy dni być przekonanym, że wygrało się dyskusję, nie zauważając, że druga strona już dawno przestała grać.

 

Czytaj dalej

Ten temat ma ciąg dalszy

Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *