„Boję się. Mam pracę, kredyt, dzieci”. „Odważnie piszecie, ale ja nie mogę”. A obok tych, którzy obawiają się konsekwencji, funkcjonują ci, którym bliskość władzy po prostu się opłaca. Zygmunt Freud ponad sto lat temu pisał o tabu władców. Dziś warto zapytać, czy w lokalnych społecznościach nie powstaje jego współczesna odmiana: system milczenia, zależności i wzajemnych korzyści, w którym urząd coraz trudniej oddzielić od człowieka sprawującego władzę.
„Odważnie piszecie”. Dlaczego zwykłe pytanie wymaga odwagi?
Jest coś niepokojącego w społeczeństwie, w którym pytanie o wydatkowanie publicznych pieniędzy zaczyna uchodzić za akt odwagi.
Przecież nie powinno nim być.
Pytanie o konkurs na stanowisko, umowę zawartą przez urząd, decyzję starosty, działalność komisji rewizyjnej czy finansowanie powiatowej jednostki nie jest żadnym bohaterstwem. Jest elementem zwyczajnego zainteresowania sprawami publicznymi.
A jednak w lokalnym obiegu informacji powracają charakterystyczne deklaracje:
„Boję się”.
„Mam dzieci”.
„Jeszcze kilka lat kredytu”.
„Nie będę się wychylać”.
„Odważnie piszecie, ale ja nie mogę sobie na to pozwolić”.
Nie przedstawiamy tych sformułowań jako wyników reprezentatywnego badania mieszkańców powiatu trzebnickiego. To charakterystyczne postawy i obawy pojawiające się w relacjach o zależności od lokalnej władzy. Ich skali nie da się uczciwie określić bez odrębnych badań.
Jednak nawet samo ich występowanie prowokuje do ważnego pytania.
Dlaczego człowiek, który nie zamierza łamać prawa, obawia się konsekwencji skorzystania z własnych praw?
Dlaczego mieszkaniec zastanawia się, czy podpisanie petycji nie pogorszy jego relacji z urzędem? Dlaczego pracownik instytucji publicznej może obawiać się krytyki przełożonego? Dlaczego przedsiębiorca rozważa, czy jego publiczna wypowiedź nie wpłynie na przyszłe relacje biznesowe?
Nie można z góry przesądzić, że takie obawy są uzasadnione w każdej konkretnej sytuacji. Ale nie można również uznawać ich za nieważne tylko dlatego, że nie przedstawiono dowodu bezpośredniego odwetu.
Strach jest doświadczeniem społecznym. Jego przyczyny wymagają zbadania.
A przecież lokalna demokracja nie powinna polegać na sprawdzaniu, ile odwagi wystarczy mieszkańcowi, aby zadać pytanie własnemu urzędowi.
Freud i człowiek, którego należy chronić, ale którego trzeba się obawiać
W 1913 roku Zygmunt Freud opublikował „Totem i tabu”, dzieło poświęcone między innymi pierwotnym zakazom, religii, autorytetowi i relacjom jednostki ze wspólnotą.
W jednej z części analizował tabu władców.
Zwrócił uwagę na paradoks: przywódca był postacią, którą należało szczególnie chronić, ale jednocześnie osobą, przed której nadzwyczajną, przypisywaną mu mocą trzeba było się zabezpieczać.
W opisanych przez Freuda systemach wierzeń kontakt z władcą mógł podlegać szczególnym rytuałom, zakazom i ograniczeniom. Władca znajdował się ponad zwyczajnością, lecz zarazem stawał się więźniem własnego statusu.
Freud dostrzegał również, że niektóre zakazy mogły służyć ochronie własności i przywilejów przywódców oraz kapłanów.
Nie oznacza to, że jego antropologiczna teoria została potwierdzona przez późniejsze badania. Przeciwnie — wiele jej podstaw zakwestionowano.
Ale pozostało interesujące pytanie o mechanizm społeczny: co dzieje się, kiedy pozycja człowieka staje się ważniejsza niż możliwość oceniania jego postępowania?
Współczesny starosta, burmistrz czy wójt nie jest oczywiście plemiennym władcą, a urząd samorządowy nie jest totemem w naukowym znaczeniu tego pojęcia.
Może jednak powstawać podobny paradoks symboliczny.
Osoba sprawująca funkcję zaczyna być utożsamiana z instytucją. Jej krytyka bywa interpretowana jako krytyka całej wspólnoty. Pytania o decyzje stają się pytaniami o lojalność.
Wtedy pojawia się niebezpieczne pomieszanie pojęć.
Szacunek dla urzędu nie jest przecież obowiązkiem bezkrytycznego szanowania każdej decyzji urzędnika.
A lojalność wobec powiatu nie oznacza lojalności wobec aktualnego zarządu powiatu.
Mała społeczność. Wielka cena sprzeciwu
W dużym mieście relacje społeczne i zawodowe mogą być bardziej rozproszone. W niewielkiej gminie lub powiecie często się przecinają.
Ta sama osoba może być przedsiębiorcą, członkiem stowarzyszenia, rodzicem dziecka uczęszczającego do publicznej szkoły i uczestnikiem wydarzeń finansowanych przez samorząd.
Ktoś inny pracuje w jednostce organizacyjnej powiatu. Jego małżonek prowadzi firmę. Dziecko uczęszcza na zajęcia organizowane przez gminną instytucję. Rodzina ma sprawę administracyjną do załatwienia.
Nie ma w tym niczego niewłaściwego.
Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy człowiek zaczyna wierzyć, że jego stanowisko w sprawie publicznej może wpłynąć na traktowanie go w pozostałych sferach życia.
Nie musi nawet dojść do konkretnego działania odwetowego.
Wystarczy przekonanie, że jest ono możliwe.
Mieszkaniec wyobraża sobie przyszłą rozmowę w urzędzie. Pracownik obawia się oceny przełożonego. Przedsiębiorca zastanawia się nad kolejnym zamówieniem. Rodzic nie chce konfliktu ze szkołą lub placówką.
I podejmuje decyzję: lepiej milczeć.
Powstaje mechanizm autocenzury.
Nie dlatego, że ktoś wydał oficjalny zakaz wypowiadania się.
Dlatego, że społeczna cena wypowiedzi wydaje się zbyt wysoka.
Właśnie tutaj Freudowskie rozważania o autorytecie można zestawić ze współczesnymi badaniami nad konformizmem, presją grupową i spiralą milczenia.
Człowiek obserwuje innych. Widzi, że nie protestują. Uznaje więc, że jest odosobniony w swoich wątpliwościach.
Nie wie jednak, że pozostali mogą myśleć podobnie.
Oni również obserwują milczenie otoczenia.
W rezultacie społeczność, w której wiele osób prywatnie ma zastrzeżenia, może publicznie sprawiać wrażenie całkowicie zadowolonej.
Paradoks polega na tym, że wszyscy mogą czekać, aż ktoś pierwszy powie to, co wielu myśli.
„Mam dobry układ”. Druga strona lokalnego milczenia
Nie wszyscy milczą ze strachu.
To bardzo ważne rozróżnienie.
Jedni mogą obawiać się utraty pracy, pogorszenia relacji zawodowych albo problemów z załatwieniem sprawy. Inni nie chcą zabierać głosu, ponieważ nie dostrzegają problemu, nie mają wystarczającej wiedzy lub po prostu interesują się czymś innym.
Są jednak również osoby, dla których dobre stosunki z samorządową władzą stanowią rzeczywistą korzyść.
Przedsiębiorca może współpracować z urzędem. Organizacja społeczna może otrzymywać dotacje. Instytucja może korzystać z pomocy samorządu. Ktoś może utrzymywać znajomości z osobami pełniącymi funkcje publiczne.
Samo istnienie takich relacji nie jest dowodem nieuczciwości.
Samorządy muszą kupować usługi, realizować zamówienia, współpracować z organizacjami i utrzymywać kontakty z lokalnym biznesem.
Nie każda znajomość jest układem. Nie każda wygrana oferta jest skutkiem protekcji. Nie każda dotacja oznacza polityczną wdzięczność.
Ale pojawia się pytanie o przejrzystość.
Czy wszyscy przedsiębiorcy mają porównywalne możliwości ubiegania się o zamówienia? Czy kryteria wyboru są jasne? Czy osoby decydujące o środkach publicznych zachowują bezstronność? Czy powiązania wymagające wyłączenia z postępowania zostały ujawnione i prawidłowo ocenione?
To nie są pytania wymierzone w przedsiębiorców.
To pytania o jakość systemu.
Szczególnie niepokojąca byłaby sytuacja, w której możliwość prowadzenia działalności gospodarczej zaczęłaby być społecznie utożsamiana z koniecznością utrzymywania dobrych osobistych relacji z władzą.
Wtedy konkurencja gospodarcza mogłaby ustępować konkurencji o dostęp do decydentów.
Jedni nie zabieraliby głosu, ponieważ obawialiby się strat.
Drudzy — ponieważ ceniliby korzyści wynikające ze współpracy.
A pomiędzy nimi znaleźliby się mieszkańcy oczekujący po prostu przejrzystych i sprawiedliwych zasad.
Milczenie ze strachu i milczenie z korzyści mogą z zewnątrz wyglądać identycznie. Ich przyczyny są jednak zupełnie różne.
I właśnie dlatego nie wolno oceniać lokalnej społeczności wyłącznie na podstawie tego, jak głośno protestuje.
Komisja rewizyjna. Kto kontroluje tych, z którymi razem sprawuje władzę?
Przejdźmy od psychologii do ustroju powiatu.
Zgodnie z ustawą o samorządzie powiatowym rada powiatu kontroluje działalność zarządu oraz powiatowych jednostek organizacyjnych. W tym celu powołuje komisję rewizyjną.
Nie jest to organ ozdobny ani miejsce powołane wyłącznie do formalnego opiniowania dokumentów.
Kontrola stanowi jeden z podstawowych mechanizmów odpowiedzialności władzy samorządowej.
W powiecie trzebnickim szczególnie interesujące jest więc nie tylko to, kto zasiada w komisji, lecz przede wszystkim jak komisja wykonuje swoje obowiązki.
Ile kontroli przeprowadzono? Czego dotyczyły? Jakie nieprawidłowości stwierdzono? Jakie zalecenia wydano? Czy sprawdzono ich wykonanie?
A jeśli w danym okresie nie badano istotnych problemów zgłaszanych przez mieszkańców — dlaczego?
To pytania, na które można odpowiedzieć, analizując plany pracy, protokoły, uchwały oraz sprawozdania komisji.
Pojawia się również problem polityczny.
Większość radnych tworzących zaplecze zarządu może jednocześnie uczestniczyć w działaniach organów kontrolnych rady. Samo to nie stanowi naruszenia prawa.
Jednak konstrukcja ta rodzi naturalne napięcie między lojalnością polityczną a obowiązkiem kontroli.
Radny może popierać zarząd i jednocześnie rzetelnie go kontrolować. Obie role nie muszą się wykluczać.
Pytanie brzmi, czy w praktyce potrafi zachować taką niezależność.
Bo kontrola, która nigdy nie stawia trudnych pytań, wymaga przynajmniej sprawdzenia, czy rzeczywiście miała czego szukać.
Nie należy z góry zakładać, że brak krytycznych ustaleń oznacza pozorność kontroli. Ale równie nierozsądne byłoby uznawanie samego istnienia komisji za dowód skutecznego nadzoru.
Powiat trzebnicki. Pytania, które nie powinny być niewygodne
Spójrzmy na sprawy, które już wcześniej znalazły się w zainteresowaniu naszej redakcji.
Kondycja finansowa powiatowego szpitala, zadłużenie powiatu, koszty funkcjonowania administracji, obsługa prawna, sposób odpowiadania na skargi, zatrudnianie pracowników czy działalność jednostek organizacyjnych.
Każda z tych dziedzin wiąże się z konkretnymi dokumentami, decyzjami i odpowiedzialnością określonych organów.
W przypadku szpitala pytania dotyczą nie tylko bilansu finansowego, lecz również nadzoru właścicielskiego, programu naprawczego i odpowiedzialności za podejmowane decyzje.
W przypadku zadłużenia powiatu istotne są nie tylko kwoty zobowiązań, ale także koszty ich obsługi, harmonogram spłat i wpływ na przyszłe możliwości inwestycyjne.
W sprawach zatrudnienia warto badać dokumentację konkursową, kryteria naboru oraz przestrzeganie zasady otwartości i konkurencyjności — tam, gdzie przepisy jej wymagają.
W przypadku skarg mieszkańców należy sprawdzać terminy, sposób rozpatrywania, uzasadnienia uchwał i to, czy przedstawione zarzuty zostały rzeczywiście zbadane.
Żaden z tych tematów nie wymaga osobistego konfliktu z władzami.
Wymaga dokumentów.
Tym bardziej zastanawiające jest, dlaczego zainteresowanie dokumentami urzędowymi bywa społecznie postrzegane jako działanie konfrontacyjne.
Przecież publiczne pieniądze nie stają się prywatne tylko dlatego, że o ich wydatkowaniu decyduje człowiek wybrany w demokratycznych wyborach.
A mandat wyborczy nie oznacza zwolnienia z obowiązku wyjaśniania decyzji.
Wojewoda nie może wszystkiego. Ale to nie znaczy, że nie może niczego
Kolejny paradoks pojawia się wtedy, kiedy mieszkaniec próbuje szukać pomocy poza lokalnym samorządem.
Słyszy, że wojewoda nie może ingerować, ponieważ samorząd jest samodzielny.
Albo że sprawą może zająć się jedynie sąd administracyjny.
W niektórych sytuacjach takie wyjaśnienie jest prawidłowe. Wojewoda nie jest przełożonym starosty czy burmistrza w takim znaczeniu, w jakim dyrektor jest przełożonym pracownika.
Nie może dowolnie nakazywać samorządowi podejmowania określonych decyzji tylko dlatego, że uważa je za lepsze.
Samodzielność samorządu jest wartością konstytucyjną.
Ale samodzielność nie oznacza pozostawania poza kontrolą legalności.
Konstytucja przewiduje nadzór nad działalnością samorządu z punktu widzenia zgodności z prawem. Sprawują go między innymi wojewodowie, a w sprawach finansowych regionalne izby obrachunkowe.
W przewidzianych prawem przypadkach organ nadzoru może stwierdzić nieważność uchwały sprzecznej z prawem. Jeżeli upłynął ustawowy termin na samodzielne rozstrzygnięcie nadzorcze, możliwe jest skierowanie sprawy do sądu administracyjnego.
Wojewoda ma więc określone uprawnienia, lecz nie jest uniwersalnym organem od rozwiązywania wszystkich lokalnych konfliktów.
Wojewódzki sąd administracyjny również nie zastępuje rady powiatu, organów kontroli ani wyborców. Bada legalność działań administracji w granicach swojej właściwości.
I tutaj docieramy do jednego z największych problemów obywatela.
Każda instytucja ma własne kompetencje. Każda działa w określonej procedurze. Każda może wskazać granice swojego działania.
To konieczne w państwie prawa.
Ale dla mieszkańca, który od miesięcy próbuje uzyskać odpowiedź, system może wyglądać inaczej: jedni odsyłają do drugich, drudzy do sądu, a czas mija.
Formalne istnienie środków prawnych nie jest jeszcze dowodem, że korzystanie z nich jest łatwe, szybkie i dostępne dla każdego.
Paradoks samorządności polega na tym, że instytucje utworzone po to, by być bliżej obywatela, mogą w konkretnym sporze okazać się dla niego trudne do skutecznego skontrolowania.
Nie oznacza to, że przyczyną zawsze jest zła wola urzędników. Niekiedy problemem jest złożoność prawa, brak kompetencji danego organu, niewłaściwie skierowane pismo albo przeciążenie procedur.
Ale z punktu widzenia mieszkańca skutek bywa podobny: poczucie bezradności.
Odwaga obywatelska nie powinna być przywilejem ludzi, którzy nie mają nic do stracenia
Powróćmy do słów: „Mam pracę, kredyt, dzieci”.
Łatwo odpowiedzieć, że każdy obywatel powinien być odważny, bronić swoich praw i nie ulegać presji.
Tylko że człowiek nie żyje w podręczniku wiedzy o społeczeństwie.
Ma rachunki do zapłacenia. Zobowiązania rodzinne. Pracę, której utrata może zachwiać bezpieczeństwem całej rodziny.
Przedsiębiorca może nie chcieć narażać firmy na konflikt. Pracownik może obawiać się konsekwencji służbowych. Rodzic może uważać, że lepiej nie wikłać dziecka w spór dorosłych.
Tych obaw nie należy wyśmiewać ani traktować jako dowodu słabości charakteru.
Prawdziwa jakość instytucji nie polega na tym, że współpracują z najbardziej odważnymi obywatelami.
Polega na tym, że również człowiek ostrożny, zależny ekonomicznie i niechętny konfliktom może bezpiecznie korzystać z przysługujących mu praw.
Od 2024 roku obowiązuje w Polsce ustawa o ochronie sygnalistów, która przewiduje określone zabezpieczenia przed działaniami odwetowymi wobec osób zgłaszających naruszenia prawa.
Nie oznacza to jednak, że każda skarga na urząd lub każda krytyczna wypowiedź automatycznie korzysta z ochrony przewidzianej w tej ustawie.
Zakres ochrony zależy od spełnienia ustawowych przesłanek.
To kolejny powód, dla którego potrzebna jest rzetelna informacja o prawach obywatela, a nie tylko ogólne zapewnienie, że nie powinien się bać.
Gdzie podziało się społeczne zdziwienie?
Pozostaje jeszcze kwestia być może najbardziej niepokojąca.
Nie sam strach.
Nie zależność.
Nawet nie bliskie relacje między lokalnym biznesem a samorządem, które przecież mogą być uczciwe i korzystne dla wspólnoty.
Najbardziej zastanawiający jest moment, w którym społeczeństwo przestaje się dziwić.
Kiedy długotrwałe oczekiwanie na odpowiedź staje się zwyczajnością.
Kiedy skarga mieszkańca zostaje potraktowana jako kolejna uciążliwa formalność.
Kiedy radni nie zadają trudnych pytań, a nikt nie pyta ich o powód.
Kiedy przedsiębiorca uznaje, że dobre relacje z urzędem są ważniejsze niż publiczne zabieranie głosu.
Kiedy informacja o problemach finansowych instytucji nie wywołuje zainteresowania sposobem ich rozwiązania, lecz jedynie kolejną dyskusję o tym, kto politycznie zyska albo straci.
To nie jest opis udowodnionego zachowania wszystkich mieszkańców powiatu trzebnickiego. To zestaw sytuacji, których występowanie i skalę warto badać w konkretnych sprawach.
Bo społeczna obojętność nie ma jednej przyczyny.
Może wynikać ze zmęczenia, braku informacji, przekonania o bezskuteczności działania albo rzeczywistego poparcia dla władz.
Nie wolno uznawać wszystkich milczących za zastraszonych. Tak samo nie można wszystkich zadowolonych uważać za beneficjentów politycznych powiązań.
Istnieją mieszkańcy, którzy pozytywnie oceniają działalność władz na podstawie własnych doświadczeń. Mają do tego takie samo prawo jak osoby krytyczne.
Problem zaczyna się tam, gdzie możliwość wyrażenia odmiennej opinii przestaje być traktowana jako normalny element życia publicznego.
Najtrwalszym przywilejem władzy może być przyzwyczajenie
Władza samorządowa nie musi zabraniać zadawania pytań, aby mieszkańcy przestali je zadawać.
Nie musi również mieć pełnej kontroli nad życiem społeczności, aby część osób uwzględniała jej możliwą reakcję w swoich codziennych decyzjach.
Jednak nie wynika z tego, że każdy przejaw ciszy jest rezultatem presji ze strony władz.
Freudowski motyw tabu pomaga postawić pytanie o społeczny mechanizm, ale odpowiedzi trzeba poszukiwać w faktach, zachowaniach i konkretnych relacjach.
W powiecie trzebnickim, podobnie jak w każdym innym samorządzie, warto więc pytać nie tylko o to, czy określona decyzja była zgodna z prawem.
Trzeba pytać również, czy została należycie uzasadniona. Czy istniała możliwość jej zakwestionowania. Czy kontrolujące instytucje rzeczywiście przeprowadziły kontrolę. Czy mieszkańcy otrzymali odpowiedzi. Czy dostęp do publicznych możliwości zależy od przejrzystych reguł.
Demokracja lokalna nie kończy się przecież w dniu wyborów.
Nie polega na przekazaniu wybranym osobom kilkuletniego monopolu na rację.
Nie polega również na obowiązku nieustannego konfliktowania się z władzami.
Polega na czymś znacznie bardziej wymagającym: możliwości współpracy, krytyki i kontroli bez konieczności deklarowania osobistej lojalności.
Czy władza potrzebuje naszego strachu?
W „Totemie i tabu” Freud opisywał społeczności, w których osoba władcy była otoczona szczególnymi zakazami, wyobrażeniami i rytuałami.
Minęło ponad sto lat.
Dziś nie przypisujemy staroście magicznej mocy. Nie musimy odprawiać rytuałów, aby wejść do urzędu. Nie traktujemy podpisu burmistrza jako świętego przedmiotu.
A jednak możemy zadawać bardzo podobne pytania o autorytet, zależność i granice krytyki.
Czy mieszkaniec może mówić o problemach bez obawy o swoje zawodowe bezpieczeństwo?
Czy przedsiębiorca może krytykować decyzje samorządu i nadal liczyć na równe traktowanie?
Czy pracownik instytucji publicznej ma możliwość zgodnego z prawem zgłoszenia nieprawidłowości bez narażania się na odwet?
Czy radny popierający zarząd potrafi jednocześnie stanowczo kontrolować jego działalność?
Czy wojewoda, regionalna izba obrachunkowa i sądy administracyjne zapewniają skuteczną ochronę legalności w granicach swoich kompetencji?
I wreszcie: czy lokalna społeczność rzeczywiście oczekuje wyjaśnień, czy wystarcza jej przekonanie, że skoro wszystko dzieje się od lat, to widocznie tak musi być?
Nie znamy jednej odpowiedzi na te pytania.
Ale możemy wskazać zasadę, która nie powinna budzić kontrowersji.
Władza publiczna nie jest prywatną własnością osób, które ją sprawują. Urząd nie jest nagrodą za wyborcze zwycięstwo. A obywatel nie jest petentem proszącym o łaskę zadania pytania.
Największym sukcesem lokalnej demokracji nie byłaby więc sytuacja, w której wszyscy mieszkańcy głośno krytykują władze.
Byłaby nią sytuacja, w której nikt nie musi być szczególnie odważny, aby je skrytykować.
Bo jeśli w zwykłym pytaniu o publiczne pieniądze dostrzegamy odwagę, powinniśmy zastanowić się nie nad charakterem pytającego, lecz nad warunkami, w jakich przyszło mu zadawać pytanie.
A jeżeli ktoś mówi: „Nie mogę, mam pracę, dzieci i kredyt” — to może najważniejsze pytanie brzmi:
Kiedy doszliśmy do momentu, w którym korzystanie z obywatelskich praw zaczęto rozważać jak ryzyko utraty własnego bezpieczeństwa?
Cykl „Freud i współczesność. Trzy tabu”. Część I: Tabu władców. W kolejnych odsłonach przyjrzymy się tabu zmarłych oraz tabu wrogów — pamięci, lojalności, podziałom społecznym i granicom moralności grupowej. Czytaj dalej Wybraliśmy teksty, które naturalnie prowadzą czytelnika dalej.Ten temat ma ciąg dalszy










